ostatnia godzine spedzilam na przgladaniu archiwum.
usypiajac moje dziecko, ktore porozumiewa sie narazie mieszajac dwa jezyki a i to tylko w rownowaznikach:
- kocham cie synku
w odpowiedzi szept nadludzko czuly, wychuchany w moj policzek
- mama liebe...
pyk i rozplynelam sie jak polewa czekoladowa....
tak mijaja minuty, godziny, dni
miesiace...
kolejny rok.
i spokoj...
brak sensacji ktore poruszylyby kogos poza mna.
moj dom.
moja rodzina.
moje dzieci.
moje czasteczki mnie...
i tu wystarczy kolko na kartce
azebym sensacje chocby telefonicznie przekazala.
moje to...
i nic wazniejszego...
to mnie wyplenia.
to nadaje sens. to nadaje ksztlt.
smak i zapach.
i w tym pokladam sie jak na lace pelnej cudownosci.
czasu brak na wizyte u kosmetyczki, fryzjera, na piwo przy ulubionym barze.
a jednak wieczorem opadam absolutnie szczesliwa,
absolutnie spelniona na biala kanape.
krasnale zdrowe, ja zdrowa, ich ojciec pelen milosci do nas...
jak bardzo trzeba zorac kolanami beton na wlasnej drodze azeby teraz kochac codziennosc?
bardzo....
zmeczonymi rzesami przyglaskuje braki...
wyjda kiedys.,.... jak wszystko....
na dzisiaj nadziwic sie moim szczesciem nie moge...
kocham to co mam...